poniedziałek, 13 października 2014

04.Bóg wie co oni robią tam w Europie.

-Przebudziła się ,możecie wejść-rozległo się w poczekalni. Wellinger ,Gregor ,Jurij ,Camille i Matthew. Wszyscy poderwali się do góry i zaczęli ustalać ,kto idzie pierwszy. Padło na Jurij'a i Camille ,ale Jurij został wezwany na pogawędkę z lekarzem. Podobno mają jej wyniki badań i muszą o tym porozmawiać. Do Victorii poszedł więc Gregor i Camille.
   Jurij podążał długim korytarzem za lekarzem. W głowie odtwarzał najgorsze możliwe scenariusze.
Może znowu coś z jej głową? Może nie będzie mogła chodzić bez tego całego dziadostwa podtrzymującego przy życiu? A może coś o wiele gorszego?
-Panie Jurij-zaczął lekarz wyciągając z teczki papiery-To jest prześwietlenie jej płuc. I mózgu.
-Ale ja się na tym nie znam-wziął do ręki prześwietlenie-Co to oznacza?
-Czy pana żona w ostatnim czasie chodziła ,no nie wiem... Rozdrażniona? Zmieniała często humor? Skarżyła się na bóle głowy ,brała jakieś leki?
-Nie... To znaczy ,nie zmieniała humoru tak strasznie. Ale zdarzało się ,że w pewnym momencie kłóciła się bez powodu a potem przychodziła i przytulała mnie jakby nigdy nic.Często się przewracała ,ale zawsze się z tego śmiała.Brała tabletki ,ale ona je bierze od tego wypadku w Soczi. Ale o co chodzi? Jest chora? O co chodzi!
-Z prześwietleń wynika ,że jest to nowotwór. nowotwór mózgu z przerzutami do płuc i innych narządów. Nie wiem ,dlaczego objawy pojawiły się dopiero teraz ,bo guzów jest już całkiem sporo. Musiały się rozwijać od dłuższego czasu.-powiedział ,a życie Jurij'a zatoczyło błędne koło.Znowu był w szpitalu ,ale tym razem na jago ŻONIE stawiają kreskę. Podobno to już martwy punkt ,z którego nigdy nie wyjdzie. Już raz miała z niego nie wyjść ,ale teraz to brzmi o wiele gorzej.
Łzy. Tylko tyle był w stanie z siebie wydusić.
-To nowotwór złośliwy-dokończył-Musicie wyrazić zgodę na Chemię. Ale to zależy tylko od pani Victorii.
*Kilka godzin później*
   Siedział sam przy jej łóżku. Camille musiała iść do pracy ,Matthew na trening a Gregor i Wellinger usypiali na stojąco więc odesłali ich do domu.
Victoria jeszcze nic nie wie ,nie jest świadoma swojego stanu. Wodę z płuc udało się prawie całkowicie odciągnąć ,ale lekarz upewnił go w fakcie ,że nie będzie w stanie oddychać bez pomocy pompy ,którą musi zakupić tak czy siak. Nawet jeśli zgodzi się na Chemioterapie ,nie trwa ona wiecznie. Będzie wracała do domu.
-Ktoś mi wreszcie powie kiedy mogę wyjść z tego szpitala?-zapytała w pewnym momencie ,a do sali niespodziewanie wszedł lekarz.
-Dzień Dobry-powitał się.-Mamy pełne wyniki badań i już jesteśmy wszystkiego pewni.-kontynuował ,a Jurij poczuł jakby coś blokowało jego oddech.
-Więc co jest? Mogę już wychodzić? Już się lepiej czuje.
-To czy pani wyjdzie ,zależy teraz tylko od pani. Diagnoza jest taka: Złośliwy nowotwór mózgu typowany jako rdzeniak z przerzutami do płuc i szpiku kostnego. Sam nowotwór rozwinął się niedawno ,ale już są przerzuty, więc choroba szybko postępuje. Płuca nie są już w stanie same pracować i trzeba zakupić własną pompę. I tu teraz wszystko zależy od pani i tylko od pani. Czy mamy podjąć leczenie przez chemioterapię?
-A rokowania?
-Bez leczenia dajemy rok ,może mniej. Z leczeniem jakieś 20 miesięcy. Ale to wszystko zależy od samego umysłu ,woli pacjenta.
-Nie chce chemii-powiedziała ,a Jurij spojrzał na nią przestraszonym wzrokiem-Jurij ,wiem co to oznacza-uśmiechnęła się-Nie chce ostatnich miesięcy swojego życia spędzić w szpitalu ,no naprawdę.
-Ale Victoria...
-Nie Jurij-w jej oczach pojawił się łzy-Nie chcę,żeby moje dzieci widziały mnie tylko w szpitalu. To jak będzie z tymi płucami?-zwróciła się do lekarza.
-Od pompy odchodzą rurki ,które doprowadzają tlen nosem. Ale musisz mieć też pompę domową ,która będzie nieprzenośna i zapewni bezpieczne oddychanie w nocy bez ryzyka odczepienia się czy czegokolwiek...
*Tydzień później*
  Po tygodniu nareszcie została wypisana ze szpitala i spokojnie mogła udać się do domu ,do swoich dzieci. W jej domu już jest BiPAP ,a ze szpitala od razu wyszła z koncentratorem tlenu ,który śmiesznie z początku łaskotał ją w nos ,co na każdym kroku powtarzała mężowi ,żeby tylko go rozśmieszyć.
-Co mama ma w nosie?-usłyszała od wejścia głos swojej córki ,która po chwili wylądowała w jej ramionach.
-Nic specjalnego. Takie urządzenie do łaskotania.-odpowiedziała ,a obok córki pojawił się syn ,który patrzył na nią z przerażeniem ,ale po chwili powiedział:
-Dostałem A.
-Ooo ,to świetnie -powiedziała wchodząc do domu-Teraz same A ,bez względu na to czy jestem czy mnie nie ma ,pamiętaj!
  Codzienne dni były rutyną. Wstawała ,zmieniała BiPAP'a na koncentrator ,robiła kanapki i Jurij zawoził dzieci do szkoły ,po czym sam wracał na chwilę i jechał do pracy ,żeby tylko nie trafić na korki. A ona siedziała w domu. Ciągle. Tylko po południu odwiedzała ją Camille i od czasu do czasu Matt. Gregor i Andreas mieli lot dwa dni po jej powrocie do domu. Gregor zapewniał ,ze już bukuje bilety i będzie siedział jej na głowie. Po tych całych wakacjach ,okazało się że on i Camille są razem.
Ale słowa nie dotrzymał. Przyszła jesień a Gregor nadal nie pojawił się w jej drzwiach. Rozmawiali całą rodziną z nim przez Skype ,ale miał tyle spraw że po prostu nie mógł. Za to Camille poleciała do niego i obiecała ,że sama go sprowadzi.
Bóg wie co oni tam robią w tej Europie.
  Victoria stała przy oknie i spoglądała w dół. Przyglądała się ludziom ,którzy szli zazwyczaj do kolorowego od jesiennych liści Central Parku i na jedno ,samotne drzewo na chodniku ,które było idealnie widać z tej perspektywy.
-Jestem.-usłyszała od progu a po chwili poczuła na ramieniu jego zimne ręce.-Coś się stało?
-Widziałeś do drzewo przed naszym blokiem?
-Widziałem. Nie można go nie zauważyć. Ale o co chodzi?
-Stojąc tak idealnie komponuje się z Central Parkiem i zawsze ma takie piękne liście. Od zawsze w jesień chciałam zrobić mu zdjęcie. Ale zawsze mówiłam sobie ,że ,,może jutro''. Potem te liście opadały i nie było czego fotografować i powtarzałam co rok ,,mam przecież tyle jesieni''. Ale teraz ich nie mam. I nie mam też zdjęcia.

__________
Hej ,haj ,heloł x2.

niedziela, 5 października 2014

03.Oceń ból w skali od 1 do 10

Piosenka ♪

   Ciężko jej było patrzeć każdego dnia na Andreasa czy swojego własnego męża. Wellinger wzbudził w niej pewne uczucie ,którego nie była w stanie wyjaśnić. Nigdy nie czuła do niego czegoś głębszego ,ale po tej nocy coś się zmieniło.
Nie mogła powiedzieć że nie kocha Jurij'ego. Wręcz przeciwnie. Bardzo go kocha.
Wmawiała sobie ,że nie można kochać dwóch osób jednocześnie. Ona przecież ma męża ,dzieci.
-Spakowana?-zapytał Tepes siadając obok swojej ukochanej.-Nareszcie wracamy do Nowego Jorku-powiedział-Już mam dość tego słońca. Bądźmy już w tym Nowym Jorku i chowajmy się po parasolami-pocałował ją w czoło.
-Nie przesadzaj-odpowiedziała lekko się uśmiechając ,po czym wstała z łóżka i chwyciła swoją walizkę. Na jej twarzy pojawił się grymas bólu ,a Jurij od razu podszedł do niej i zabrał z jej ramienia ciężką rzecz.
-Co jest?-spojrzał na nią zaniepokojony.
-Nic ,to pewnie tylko zakwasy czy coś. Po tylu dniach takiej aktywności mi się nie dziw-wymusiła sztuczny uśmiech i wyszli z mieszkania ,po czym zjechali do hallu.
-Na pewno wszystko okay?-zapytał ponownie.-Jesteś blada jak ściana. Dobrze się czujesz?
-Tak Jurij ,wszystko jest okay.-powiedziała i odwróciła się w kierunku podchodzących przyjaciół-To co ,wracamy?-spojrzała na Wellingera.-Fajnie że lecicie z nami no!-uśmiechnęła się do Gregora-Lili się za tobą stęskniła!
-Kobieto ,jakaś ty blada-skwitował mnie Austriak,/
-Dzięki Ci ,pomagasz. -powiedziała ,po czym wszyscy pożegnaliśmy się z obsługą hotelu i udaliśmy się na lotnisko.
  Lot trwał jedynie około trzy godziny ,które wszystkim minęły na słuchaniu żartów Gregora i oglądaniu jakiejś dziwnej bajki w samolotowym telewizorku na tyle siedzenia.
Po wylądowaniu i odebraniu bagażu złapali dwie żółte taksówki ,którymi udali się na obrzeża Central Parku ,gdzie mieszkali. Ich mieszkanie było duże ,więc bez problemu mogli pomieścić Gregora i Wellingera.
Dojechali do bloku po czym wjechali na ostatnie piętro i otworzyli drzwi do ich mieszkania ,które w przeciwieństwie do bloku urządzone było nowocześnie. Zostawili walizki i wszystko ,a Jurij pojechał po dzieci. Na mieście jak zawsze były korki ,zwłaszcza teraz.
   Victoria włączyła telewizor ,na którym od razu po włączeniu widniało ,,Breaking News'' a z ich rozmowy dało się zrozumieć ,że jacyś bandyci znowu grozili bronią w High School na Brooklyn.
-Co wy tacy nastroszeni?-wtrącił skoczek-Andreas? Tori?
-My?-zapytał Wellinger i spojrzał na mnie-My nastroszeni? Nigdy.
-Tak ,przecież zawsze wszystko jest idealnie-zaszydziła.
-Nigdy nic nie jest źle. Wszystko jest idealnie-powtórzył i z fałszywym uśmiechem patrzył na Victorię.
-Nie wiem jaki masz problem ,ale nie wyżywaj się na mnie.
-Ooo ,to ja mam problem ,tak? Mam problem bo Cię kocham ,tak?-wygadał się przez Gregorem.
-Dobra ,cichajta! Welligner! Tori! Zamknijcie te swoje pyszczki! A ty Wellinger w szczególności. To żona Twojego przyjaciela.
-Dziękuję ,pójdę się przejść-gwałtownie wstał z miejsca i chwycił za wiosenną kurtkę ,która mimo wszystko była mu potrzebna: na dworze teraz lało jak z cebra.
-No do cholery jasnej co mu się stało.-krzyknęła Victoria-Co JA zrobiłam nie tak?-w jej oczach zaświeciły łzy.
-Spokojnie już-podszedł do niej i ją przytulił-Idziemy ratować biedne dzieci na Brooklynie?
-Nie-powiedziała przytulona-Już są uratowane. Nie użyjemy swoich super mocy.
-Kurde ,a chciałem wypróbować nowy laser-zaśmiał się ,a dziewczyna razem z nim.
  Odsunęła się od niego i udała się do łazienki. Umyła zęby i poprawiła makijaż , po czym wyszła ,lecz musiała zatrzymać się w wejściu do salonu. Złapała się za futrynę i próbowała zaczerpnąć powietrza. Nie mogła oddychać ,mówić i zrobić jakiegokolwiek ruchu oprócz machania rękami i wydawania z siebie odgłosów topiącego cię człowieka. Bo właśnie tak się wtedy czuła.
Upadła na podłogę ,a Gregor zerwał się ze swojego miejsca i pobiegł do dziewczyny.Wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił na pogotowie. Ona nadal się dusiła. W tym momencie bał się ,że ona umrze na jego oczach. To właśnie tak wyglądało.
Po chwili pod blokiem słychać było wycie sygnału karetki ,a funkcjonariusze byli już w ich mieszkaniu. Gregor złapał za klucze i zamknął mieszkanie od razu biegnąc w ich kierunku. Wsiadł z nią do karetki. Od razu włożyli jej rurkę z tlenem ,po czym pytali go co robiła ,czy się czymś zadławiła. Nie miał pojęcia.
-Poszła umyć zęby i poprawić makijaż a potem ustała w drzwiach i zaczęła się dusić...
    Po wjechaniu do szpitala ,jakaś lekarka podbiegła do niej i mówiła:
-Oceń ból w skali od 1 do 10.
  Nie wiedział co odpowiedziała. Nic nie odpowiedziała ,tylko pokazała coś na palcach. To była 9 ,10 albo 8.
Wyciągnął telefon i zadzwonił do Wellingera ,że są w szpitalu i to on ma klucze. Potem z taką samą wiadomością zadzwonił do Jurij'ego. Nie chciał go denerwować za kierownicą ,ale nie miał teraz wyboru.
Kilka minut później w szpitalu był już Andreas ,a do niego podeszła ta sama Doktor ,która kazała jej oceniać ból.
-Czy pan jest członkiem rodziny?
-Nie do cholery ,ale jestem jej najlepszym przyjacielem a jej mąż stoi w korkach na Queens!
-Miała wodę w płucach. Udało nam się ją wyciągnąć,ale musimy ustalić przyczynę. Czy ona na coś choruje?
-Nie ... Teraz chyba nie. Ale w 2014 miała wypadek i potem nie chodziła i miała usuwanego guza w mózgu...
-Właśnie trwają badania. Potem musimy wziąć ją na badania. Jeśli zjawi się jej mąż ,to niech pan poinformuje pielęgniarki.Możecie teraz do niej wejść ,ale ona śpi. Jest na silnych lekach przeciwbólowych.
  Jak pielęgniarka powiedziała ,tak zrobili. Przeszli przez długi korytarz i weszli na OIOM. Cudem było to ,że pozwolili im tam wejść. Głównie dlatego ,że tam nikogo innego nie było.
Ustali obok jej łóżka i patrzyli na jej bladą twarz. Jeszcze bledszą niż podczas powrotu do Nowego Jorku.
Pod jej nosem była rurka ,która dostarczała jej tlenu ,a spod szpitalnej kołdry wychodziła rurka ,z której ciecz zapełniała pudełko stojące obok.
-Boże-jęknął Wellinger i złapał ją za rękę-Jaka ona jest zimna. Na pewno wszystko z nią dobrze?-w jego oczach pojawiły się łzy-Musi być dobrze.

_____
Hej ,Haj ,Heloł.

czwartek, 18 września 2014

02.Bo co?

   Po wylądowaniu od razu wszyscy przeszli kontrolę paszportów ,odebrali bagaż i udali się do wyjścia.
Dla przyjaciółki Tori był to pierwszy lot samolotem na tak daleką trasę. Dotychczas latała tylko do Los Angeles ,czy Denver. Dla samej Victorii nie było to aż takim wydarzeniem ,ona kiedyś leciała do Australii. A poza tym leciała też do Soczi! To również daleko.
Gdy przeszli tą całą kontrolę ich paszportów i odebrali bagaż ,osoby z samolotu z Monachium właśnie wysiadały. A Andreas i Gregor lecieli właśnie tym samolotem.
   Około pół godziny później byli w drodze na statek ,którym mieli dopłynąć na ,,ich'' wyspę. Nim się obejrzeli już dobijali do portu i wysiadali ze statku ,jako nieliczna grupa ludzi. Pogoda była przepiękna ,na czystym niebie świeciło słońce i było około 30 stopni.
Pierwszym ,co rzucało się w oczy była krystaliczna ,turkusowa w niektórych miejscach woda i domki położone kilkadziesiąt metrów od plaży ,bądź też samej wyspy.Mieli domki obok siebie. Victoria ,Jurij i Carmen mieli jeden ,a Gregor ,Matt i Andreas mieli drugi. Taki przydział każdemu pasował ,nikt nie narzekał.
  Gdy wysiedli ze statku ,motorówkami dopłynęli do brzegu ,skąd udali się do domków. Rozpakowali swoje rzeczy i dzięki dobrej pogodzie ,od razu chcieli iść popływać. Po drodze wpadli na miejscowych ludzi ,którzy bez problemu rozmawiali po angielsku ,więc dogadanie się z nimi nie było żadnym problemem.       
   Wszyscy musieli zapoznać się z okolicą,ale mimo to i tak na pierwszym miejscu było rozpakowanie się. Na dworze było niesamowicie gorąco , więc czekali na małe ochłodzenie. Woda miała praktycznie tyle samo stopni co powietrze ,a w nocy temperatura nie spadnie poniżej 26 stopni. Ale za to widoki są przepiękne. Może nie takie ,jak na niektórych skoczniach ,ale mimo to i tak jest pięknie.
Mieszkanie urządzone było w stylu nowoczesnym ,mimo wykonania wszystkiego z drewna. Pomimo tego ,był tu duży telewizor ,a co do jedzenia to mieli restaurację właścicieli domków kilka metrów stąd.
-Andreas!-usłyszał za sobą ,gdy stał na piasku i miał zamiar się wykąpać. Odwrócił się i ujrzał Camille.
-Refleks!-krzyknęła i oblała go wiadrem wody-Ha!
-Camille! Pożałujesz.
-Bo co?-zapytała i spojrzała na niego spode łba.
-Bo kurde to-podbiegł do niej ,przerzucił ją przez ramię i wpadł z nią do wody.
-Patrz ,zaczęli bez nas!-krzyknął Gregor i poszedł w ich ślady.-Oprócz tego ,że zamoczyłem ulubione spodenki to jest okej!
*Kilka dni później*
    Minęło kilka dni od przylotu na tą wyspę i zaczęły się pierwsze kłopoty. Wyspom groziły tropikalne burze i tego typu sprawy. Właściciele tych budynków poważnie myśleli o zamknięciu interesu na czas burz i odesłaniu wszystkich z pieniędzmi do domu. Na szczęście byli uczciwi i chcieli zwrócić koszty wyjazdu ,ale bez zaliczki.
Ze względu na porę roku ,pogodę i miesiąc podjęli decyzję o powrocie do USA. Dzięki klasie mogli prze bukować bilet powrotny na wcześniejszy termin i inny kierunek. Wybrali Miami ,o którym myśleli wcześniej. Gdyby zapowiedzieli te tropikalne burze wcześniej ,to nie byłoby problemu i polecieli by tam od razu. Zarezerwowali dwa pokoje w Miami ,jakieś 100 m od plaży i nim się zorientowali już siedzieli na lotnisku. Mieli problem z wystartowaniem przez wiatr ,lecz po 5 godzinach opóźnienia nareszcie samolot wzbił się w powietrze i niemal bezproblemowo doleciał do Miami. Kolejne kilka jak nie kilkanaście godzin lotu samolotem. Z przesiadką w Monachium ,z czego najbardziej cieszył się Andreas. Gdy dolecieli ,było już ciemno. Rozświetlone miasto i z góry i z dołu robiło na nich gigantyczne wrażenie. Aż ucieszyli się z tego ,że ta tropikalna burza pokrzyżowała im plany. Tutaj mogli się wyszaleć ,iść na jakieś dyskoteki a i odwiedzić znajomych. A Jurij i Victoria byli bliżej swoich dzieci. Byli przynajmniej na tym samym kontynencie.
Camille cały czas sprzeczała się z Gregorem ,co mu się chyba bardzo podobało. Z Andreasem była już partnerem od picia Szkockiej. Razem z Matthew oczywiście.
-Ja to bym poszedł na na banana-powiedział Gregor leżąc na łóżku i patrząc w górę.
-Na banana?-prychnęła Camille.
-Tak ,na banana.-spojrzał na nią.-Takiego banana co się pływa.
-Oczywiście-odparła i złapała swoją torebkę.
-Gdzie ruszasz?-poderwał się z łóżka-Noc już.-przeciągnął się.
-Zgłupiałeś?-spojrzała na niego-Miami w nocy jest najlepsze. Nawet w nocy kąpie się mnóstwo ludzi. Byłam tu na wieczorze Panieńskim Torii-puściła mu oczko.-Bo ty to taki zazdrosny chyba jesteś.
-Ja?O Victorię?
-Nie ,o Jurij'ego ,wiesz?
-Przepadnij zła kobieto. -powiedział.
-Idziesz z nami czy nie?Idzie Andreas ,Victoria i Matthew. Jurij ma jakieś papierkowe coś w recepcji a zresztą tamten to zaraz uśnie.
-Nie ,ja mu pomogę z papierami.
-Jak chcesz-odparła i wyszła z pokoju.Miała tylko wziąć aparat Andreasa.
   Chwilę później siedziała w windzie i zjeżdżała z ostatniego piętra ,na którym wszyscy mieli pokoje. Podziałka była taka jak wcześniej ,więc nie było problemu. akurat dwa trzy-osobowe pokoje były dostępne ,co graniczyło z cudem. A cud mieli za oknem ,bo widać było prawie wszystkie największe budynki a co za tym idzie ,w nocy był nieziemski widok. Inny niż w Nowym Jorku. Światła były kolorowe i takie ... inne.
Wszyscy wyszli z budynku i udali się w kierunku plaży ,gdzie mieli spotkać się z przyjaciółmi Matthew ,Torii i Camille. Przyjaciele z Liceum ,więc zostały same dobre wspomnienia. Ściąganie na egzaminach ,masowe sms od nauczycieli. Siedzenie pod gabinetem v-ce dyrektorki. Może to ostatnie nie należało do najmilszych ,ale i tak było fajnie. A najlepsze było kibicowanie swoim na wszelakim meczom. Victoria z tego wszystkiego najbardziej oczywiście pamiętała ceremonię wręczenia dyplomów. Wszyscy w togach ,rzucali biretami. Ona musiała wtedy wygłosić przemówienie za wszystkich sportowców ze szkoły. Ze względu na jej wyniki. Już wtedy była Mistrzynią Ameryki Północnej i Południowej.
*Kilka godzin później*
   Właśnie wychodzili z dyskoteki ,kiedy Andreas złapał Victorię za rękę i zaczął gdzieś prowadzić.
-Gdzie ty mnie ciągniesz?-zapytała uśmiechnięta-Przecież ty tu nic nie znasz-próbowała go zatrzymać.
Puścił jej rękę ,gdy byli w bliżej nieznanym miejscu. Andreas był pijany ,ale jego mina była niesamowicie poważna.
-Victoria. Nigdy nie przestałem Cię kochać-powiedział ,spojrzał jej w oczy i zaczął niebezpiecznie się zbliżać.

___________________

Słów nie trzeba ,zawaliłam bardzo.
Ale no! Jest! :D

czwartek, 21 sierpnia 2014

01.Ja tu zdania swego nie wyrażę,tu młot jest potrzebny.

-Cholera!-krzyknął Jurij z kuchni-Cholera cholera jasna!
-Przecież słyszę ,nie powtarzaj tyle razy cholera bo dzieci zły przykład biorą.
-Jezusie!
-Możesz mówić mi Victoria-powiedziała kobieta i weszła do kuchni ,gdzie jej mąż skakał trzymając się za palec. -Ojej ,skaleczyło się dziecko-pocałowała go w policzek.-Biedaczek. Ale mówiłam Ci ,żebyś nie robił kolacji ale ty się uparłeś-wyjęła z szafki plastry i wybrała odpowiedni na jego ranę ,ale najpierw polała ją wodą utlenioną.
-Haha ,tata jest cholera!-zaśmiała się Lily.
-Lily! Nie mówi się cholera bo to brzydko! A poza tym to nie cholera tylko sierota -zwróciła się do córki-Bo przyjdzie dziadek i...-zaczaiła się na córkę-będzie źle!-zaczęła ją łaskotać ,a ta śmiała się wniebogłosy.
-Tak poza tym ,to wiosna się zaczyna i Gregor chce przylecieć. I Andreas.
-O ,świetnie. To powiedz mu żeby leciał do Miami. Spędzimy tam piękny miesiąc lub dwa-zaśmiała się.
-To nie jest śmieszne ,ja serio mówiłem o tym Miami!
-No to polecimy. Ale na miesiąc? Jakoś mnie to nie przekonuje... A dzieci?
-Zostaną z Twoim ojcem i Mariną. Przecież ona lubi Davida i Lily. To nie będzie chyba dla nich problem? I tak mają szkołę. Zostaniecie z dziadkiem?
-Tak!-krzyknęła mała.
-Spoko-odpowiedział syn zadufany nad książką od matematyki.
-Ale jakoś tak nie mogę ich zostawić...
-Spokojnie. Niech polecą z nami Camille i Matt. Będą wielkie ,długie wakacje. W Miami. Do treningów wraca w czerwcu ,ma cały kwiecień i maj. Możemy trochę spędzić na Wakacjach a trochę w Nowym Jorku. Albo wiem! Hawaje!Albo Malediwy!- dokończył ,a Victoria zakrztusiła się wodą ,którą właśnie piła.
-Malediwy?! Czy Cię pogięło kochanie?
-No co -usiadł naprzeciwko córki ,która bawiła się właśnie lalkami.-Wyraź wnet swą opinię.
-Ja tu zdania swego nie wyrażę ,tu młot jest potrzebny. Malediwy? Serio ? Na prawdę? Malediwy? Toć to daleko!
-Na wyspę Mudhdhoo ! Tam taka woda jest i ona świecie w nocy.
-Chcesz lecieć na miesiąc na Malediwy zostawiając dzieci kilka tysięcy kilometrów dalej ?
-No!
-Potwór z Ciebie.
-No wiem. Ale dzieci z chęcią zostaną! Prawda?
-Tak!-powiedzieli jednocześnie-Jedźcie-dokończył starszy.
-Wiesz ,jak na dziesięć lat jesteś bardzo obcykany ,ale nie znaczy to ,że my wyjedziemy a ty będziesz miał wolną rękę na wszystko. Dziadek jest. I ciocią Mariną!
-Wiem mamo!
-Więc jedziemy?! -dopytał Jurij.
-No...Dobra-dokończyła.-Ale trzeba zapytać o zdanie Gregora.
-Dobra ,zadzwonię do niego na Skype.-cieszył się jak małe dziecko-Malediwy Malediwy-zanucił-A za rok jedziemy na Karaiby.
-Oczywiście-przewróciła oczami i uklęknęła ,żeby pomóc córce pozbierać jej klocki.
  Minęło kilka godzin ,a Jurij już wszystko miał zaplanowane. Nawet zarezerwował już wstępnie lot ,dom i transport na wyspę.
Nim Victoria się obejrzała ,wyjmowała walizki z szafy ,,walizkowej'' i zaczynała pakować i siebie i męża ,który i tak po powrocie z pracy wszystko wyjął ,bo szukał koszuli czy czegoś innego. Lub po prostu nie chciał czegoś wziąć.
Pakując się i jadąc na lotnisko ,mimo wszystko była podekscytowana. Pierwsze ,,prawdziwe'' Wakacje w jej życiu. Bez dzieci i ze znajomymi. Razem z Camille i Matt'em spotkali się na lotnisku JFK ,z którego o 22 mieli lot na Malediwy.
Wsiadając do samolotu i wznosząc się w górę ,nie wiedziała jak bardzo jej życie zmieni się przez te 2 i pół tygodnia ,bo na tyle lecą.
W samolocie siedziała z Camille w środkowym rzędzie ,a Matt i Jurij siedzieli za nimi. Gregor razem z Andreasem mieli dolecieć później ,bo przecież z Europy jest bliżej. Lądowanie mają kilka minut po sobie.
   Nie mogła doczekać się widoku tych turkusowych fal ,białego piasku i małych domków ,,wiszących'' nad wodą.

____________
Ten rozdział jest mega nudny , I know. Zaczęłam od 1 bez prologu ,bo po co :P Następny za tydzień!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

2 część!

Tak, będzie. Długo się nad tym zastanawiałam, ale postanowilam!
Będzie się ona skupiać na wydarzeniach w przyszłości - dzieci, rodzina i co najważniejsze : DUŻO GREGORA! :D co kto o tym myśli?  Robić?

niedziela, 22 czerwca 2014

Epilog: Zawału bym przez Ciebie dostał!

   Spadając nie wpadłam na płytki przed drzwiami ,czy nie sturlałam się po niesamowicie twardych schodach naszego domu. Wpadłam do wody. Nie brakowało mi tlenu ,choć w płucach zaczęłam czuć pewien dyskomfort. Zaczęłam płynąć w stronę przeszywającego światła ,które raziło moje otwarte pod wodą oczy. Teraz coraz bardziej brakowało mi tlenu i nie wiedziałam czy zdołam wypłynąć na powierzchnię. Płynęłam szybko jak tylko mogłam ,ale zdawało mi się,że jestem w jednym i tym samym miejscu. Światło ani się nie przybliżało ,ani nie oddalało mimo siły ,jaką wkładałam w ruchy rękami i nogami.
Zaczęłam tonąć. Tonąć i krzyczeć. Pod wodą.
*Jurij*
   Siedziałem właśnie przy jej łóżku i trzymałem bladą rękę. Jej serce biło coraz wolniej ,a lekarze ciągle powtarzali że to rychły koniec.Ale ja im nie wierzę, to nie koniec!
Minął rok i około 5 miesięcy od feralnego upadku na torze.
   Patrzyłem przez okno. Widać było słońce nieśmiało wyglądające zza budynków.
Włosy Victorii już niemalże prawie odrosły do poprzedniej długości. Mimo śpiączki ,z dnia na dzień były coraz dłuższe. Ale jej twarz ani na chwilę nie zmieniła koloru. Ciągle blada ,sina. Zimna.
W pewnym momencie usłyszałem donośmy krzyk praktycznie prosto do mojego ucha. I w tym momencie ręka Victorii puściła moją ,a ja spadłem z krzesełka. Spojrzałem na poduszkę ,na której nikogo nie było. Victoria siedziała właśnie na łóżku i głośno oddychała.
-Victoria!-krzyknąłem-Victoria!-rzuciłem się na nią i przytuliłem.-Zawału bym przez Ciebie dostał!
-Jurij?-zapytała-Co się działo? Jaki dzisiaj jest dzień...
-14 lipca.
-Roku?
-2015.
-Jak to ?!-spytała ze wzrokiem wpatrzonym w ścianę.
-Byłaś w śpiączce ponad rok.-odpowiedziałem- Poczekaj ,zawołam lekarza. Nigdzie się nie ruszaj.
-Zabawne.
   Pobiegłem po lekarza. Z początku myślał ,że mam coś z mózgiem. Że cała ta rozpacz poprzestawiała mi coś i jestem nienormalny. Ale poszedł ,zobaczył ,odwołał. W końcu od głupich to nie do mnie!
-Ale jak to możliwe ... że usiadłaś?
-Tonęłam-odpowiedziała-Przestraszyłam się ,zaczęłam krzyczeć i obudziłam się tu...
-Twój kręgosłup się sam zregenerował ,co jest naprawdę bardzo rzadkie. Możesz ruszać nogami?-zapytał i podszedł do dziewczyny łapiąc jej nogę-Czujesz coś?
-Nie-powiedziała z przerażeniem w oczach-Nie czuję nóg!-krzyknęła a z jej oczu popłynęły łzy.
-Tak jak myślałem... Spróbuj się położyć.
-Nie mogę.
-Nie rozumiem...to musiał być jakiś odruch ,nad którym nie miałaś panowania.-mówił ,a w jej oczach pojawiało się coraz więcej łez-Musisz przejść rehabilitacje... To czy będziesz chodzić zależy już od samej Ciebie...
   Jakiś tydzień później Victoria została wypisana. Odwiozłem ją do mieszkania ,które wynająłem i usadowiłem w salonie z widokiem na morze. Była zła. Nie mogła chodzić ,ruszać się. Wszystko zależało od niej i to chyba ją najbardziej bolało. Bała się,że ulegnie ,że nie da rady. Jej złoty medal wisiał już w jej pokoju w USA ,do którego wraca za kilka dni.
-Victoria-przykląkłem przy niej-Daj mi sobie pomóc.Wierzę w Ciebie. Dasz radę.Jesteś silna! Właśnie dlatego Cię kocham ,rozumiesz?!-powiedziałem a po chwili pocałowałem ją. Nie odepchnęła mnie ani nic z tych spaw ,a delikatnie położyła ręce na mojej twarzy jednocześnie swoje palce wkładając z moje włosy.
Był to chyba najpiękniejszy moment w moim życiu.
   Victoria dała zaciągnąć się na rehabilitacje do najlepszego rehabilitanta na świecie i razem przeprowadziliśmy się do Londynu. Chciała ,żeby przyleciał tu jej ojciec ,lecz on sam powiedział że najlepiej zajmę się nią ja.
Mimo zapowiedzi lekarza ,wzlotów i upadków ,po roku zaczęła stawiać ,,pierwsze'' kroki. Coraz częściej zamiast na wózku poruszała się o kulach. Najważniejsze było to ,że powróciło jej czucie. Dokładnie 24 grudnia 2016 roku się jej oświadczyłem. Oświadczyny przyjęła z wielką radością i to w tym momencie sama z siebie postawiła kroki. Bez kuli ,poręczy czy kogoś innego. W lato 2017 wzięliśmy ślub ,a Victoria już samodzielnie chodziła. To był cud!
  9 miesięcy później urodził nam się syn ,a dziewczyna spierała się ,żeby nazwać go David. Kilka lat po Davidzie na świat przyszła piękna córeczka - Lilly. Byliśmy szczęśliwą rodziną mieszkającą w Nowym Jorku.
 Tak po prostu.
 Czy można wymarzyć sobie coś innego?


KONIEC
___________________________
Taaaaaaaaaki sielankowy koniec ,taki. Był równiutki tydzień? Czy krzywiutki? Bo mi się już te godziny pomyliły. Rozdział dodawany w tak nietypowych warunkach ,że nie zrozumie tego nikt. Nikt.
Od jutra (w cholerę na umilenie tych poniedziałków mimo ,że wakacje już dawno;-;) albo od dzisiaj(tak jasne) pojawi się nowy rozdział na nowym opowiadaniu O TUTAJ .
Dobranoc/do widzenia/ dzień dobry

niedziela, 15 czerwca 2014

8.Po prostu już nigdy nie poznam nikogo takiego jak ona...

-Niestety ,ale nie udało się uratować jej sprawności fizycznej. Victoria prawdopodobnie nigdy nie ustanie na własnych nogach i będzie osobą niepełnosprawną. Lecz we wszystko można przecież wierzyć... Operacja zakończyła się powodzeniem ,krwiak został usunięty ,serce bije w ustabilizowanym tempie. Ale nadal ma problemy z oddychaniem ,przez co musi być podłączona do aparatury. Możecie do niej wejść ,ale jest utrzymywana w stanie śpiączki farmakologicznej. I to jest to ,o czym chcę wam powiedzieć. To wszystko jest dobrze ,nawet bardzo. Ale śpiączka może trwać i trwać. Pacjentka może się z niej obudzić za rok ,dwa. Może się nigdy nie obudzić ,a może nawet jutro... Ale bądźmy dobrej myśli-powiedział i razem z Gregorem wyszliśmy z gabinetu.
  Ustaliśmy na korytarzu i czekaliśmy na lekarza ,który ma zaprowadzić nas do Victorii.
Bałem się. Cholernie bałem się tego ,że nigdy już z nią nie porozmawiam ,nie zobaczę jej przepięknego uśmiechu i nie posłucham jej głosu. Nie doznam już jej poczucia humoru i po prostu już nigdy nie poznam nikogo takiego jak ona...
Po chwili weszliśmy do pomieszczenia ,w którym leżała tylko Victoria. W tle słychać było dźwięk aparatury ,rytm bicia jej serca.
Leżała na szpitalnym łóżku ,a ręce miała ułożone wzdłuż ciała.Na głowie miała biały bandaż ,który zasłaniał teraz jedynie gołą głowę z blizną po operacji. Była blada ,a jej usta ,przez które przechodziła rurka do oddychania -niemalże niebieskie. Powieki były równie sine jak i usta.
Ale dla mnie nadal była najpiękniejszą kobietą na świecie. Mimo feralnego stanu w jakim się właśnie znajdowała ,i tak była najpiękniejsza i po prostu nie mogłem oderwać od niej wzroku. Mimo ,że po chwili całkowicie jej nie widziałem ,bo łzy coraz bardziej napierały.
Ale nie -będę silny. Dla niej.
*5 miesięcy później*
   Minęło 5 miesięcy. Za oknem zamiast zimowego wiatru i szarugi ,gościło piękne słońce i upalne temperatury.Teraz w Soczi byli już tylko turyści i mieszkańcy. Sezon dla mnie skończył się praktycznie wraz z przylotem do Victorii. Nie potrafiłem skakać ,nie potrafiłem nawet normalnie funkcjonować.
Był tu ojciec Victorii i jej przyjaciele. Chcieli nawet przeprowadzić się na jakiś czas ,żeby być bliżej dziewczyny. Ostatecznie z bólem serca stwierdzili ,że oni są tu niepotrzebni.
5 miesięcy temu ją poznałem. Była wesołą ,zabawną dziewczyną z Ameryki ,która swoim stylem zjazdu chce zaimponować światu. To się jej przecież udało. Ma to ,,Olimpijskie Złoto'' ,ale co jej z tego? Ryzykowała życie i nadal nie wiadomo ,czy to się dobrze skończy.
Codziennie przychodziłem do niej do szpitala. Czasami tylko musiałem pozałatwiać jakieś sprawy w ojczyźnie. Pieniędzy mam wystarczająco dużo. Wynajmuje tu mieszkanie ,ale i tak częściej bywam w szpitalu.
Po prostu siadam przy jej łóżku i opowiadam różne historie... Wyniki skoków ,anegdoty z życia skoczków. Gdy przyjechała Lindsey i zobaczyła ją w takim stanie w jakim była ,to siedziała przy jej łóżku i płakała. Włosy powoli zaczęły odrastać ,a Jamie sprezentowała jej jedną w swoim rodzaju chustkę zakrywającą głowę.
  Mijały miesiące ,a moja więź z nią stawała się coraz silniejsza.
*Victoria*
  Od rana chodziłam zniecierpliwiona po domu. Nie mogłam ustać w miejscu ,ręce trzęsły się przy najmniejszej czynności.
-Mamo ,wychodzę pograć w piłkę z chłopakami-krzyknął David.
-Dobrze ,ale wróć przed 20 ,bo musimy porozmawiać.
-Będę,spokojnie.
-No mam nadzieję -zaśmiałam się i schodami weszłam na drugie piętro. Zajrzałam do pokoju córki. Siedziała i bawiła się lalkami ,które dostawała od wujka Gregora. Bo ,jak to ona mówi ,,na świecie nie ma nikogo bardziej kochanego od wujaszka Gregorka''. Przekupił ją dziad. Lalkami.
-Co tam robisz?-zapytałam i wzięłam jedną lalkę w rękę.
-Bawię się w dom. Kiedy wróci tatuś?
-Za chwilę.Jest w pracy ,ale już wraca-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do córki.
  Była małą, szczupłą blondynką o dużych ,błękitnych oczach. Jurij zawsze powtarzał, że ona jest taka piękna po nim. Gdy Gregor to usłyszał ,zaczął tarzać się po podłodze i krzyczeć,że ze śmiechu dostał kolki.
Jurij z udawanym naburmuszeniem siedział wtedy na kanapie obok mnie i w geście zdenerwowania złożył ręce na klatce piersiowej i powtarzał ,że on z takich rzezy to by się nie śmiał.
Bo to w końcu poważny biznesmen jest ,czyż nie?
-A kiedy pojedziemy do kraju taty?-zapytała-Bo chcę zobaczyć te góry o których tyle opowiedział-wstała i ze śmiechem rzuciła mi się na kolana.
-Niedługo pojedziemy ,obiecuję -odpowiedziałam i cmoknęłam ją w policzek po czym mocno przytuliłam.
  Chwilę później usłyszałam otwieranie drzwi i dźwięk zdejmowanej kurtki.
-Kochanie ,wróciłem-powiedział.
-Już do Ciebie idę-odparłam i zdjęłam Lilly z kolan. Poprawiłam koszulę i zeszłam po schodach.
Dopiero chwilę później zdałam sobie sprawę ,że to nie on. To nie mój Jurij. Głos był jak najbardziej jego... Ale to nie był Jurij!
To Michael...
-Co ty tu robisz?
-Takie pytanie do swojego męża?-zapytał.
-Do jakiego męża?-krzyknęłam i wbiegłam po schodach na górę do pokoju córki.
Jedyna osoba ,jaka tam była ,to długowłosa blondynka o jasnych ,niebieskich oczach. Takich samych oczach ,jakie miał Michael.
-Mamo...-powiedziała dziewczynka-Dlaczego krzyczysz na tatę?
-Co tu się dzieje?!-zapytałam sama siebie.
  Wybiegłam na korytarz ,a widokiem z mojego okna nie był już Nowojorskie wieżowce w centrum Manhattanu,a Ocean i Long Island.
  Poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam Michaela ,a za nim stał chłopiec dokładnie tego samego wzrostu i ubioru co mój David. Ale to nie był mój David. Był odwzorowaniem Michaela.
Zupełnie jak w jakimś horrorze zaczęli iść w moją stronę.
-Musimy to zakończyć-powiedział Michael.
-Myślałam ,że już dasz mi spokój!-krzyknęłam zalana łzami.-Przecież masz żonę!
-Tak ,Ciebie.-powiedział i zaczął prowadzić mnie na balkon.-Musimy to zakończyć-powtórzył.
-Jurij!-krzyknęłam-Jurij! Pomóż mi!
-On Ci już nie pomoże-odpowiedział i złapał nie za dłonie.
Poczułam zimny wiatr na plecach i usłyszałam jeżdżące 22 piętra niżej samochody. Spojrzałam na Michaela ,a po chwili poczułam popchnięcie i po prostu zaczęłam spadać.

____________________
Nieeeee! Hiszpanio ,moja Hiszpanio! Tak po dupie dostać?
Ale wierzymy ,wierzymy.
Jak już pisałam ,jest to koniec tej historii. Jeszcze Epilog ,który obiecuję (aahha ,ja i moje obietnice) dodać za równiutki tydzień :> Nie równiutki ... Może krzywiutki :>
Szkoda mi rozstawać się z tą historią. Ale później ruszam z http://jedna-chwila-one-moment.blogspot.com/ :>
Wakacje ,ach wakacje. Nareszcie! 3 miesiące laby ,heeeeeeeej!